Złotooczki
Trwała ulewa. Dwie siostry z gatunku owadów złotooków — Ronia i Bonia — siedziały pod liśćmi z przemoczonymi skrzydełkami i trzęsły się z zimna. Miały bardzo piękne skrzydełka: przezroczyste, z żyłkowaniem jak koronka. Złotooczki rozłożyły je, żeby chociaż trochę wyschły.
Niestety, woda ściekała na nie z liści. Złotooczki przytuliły się do siebie, by się rozgrzać.
— Khm khm… — rozległo się obok.
Złotooczki podniosły głowy i zobaczyły czarnego, wąsatego żuka, który trzymał nad nimi parasol z liścia łopianu.
— Chodźcie do mnie, bo was zmyje ulewa — zaproponował żuk. — Jesteście takie smukłe i delikatne, a tam...
Żuk wskazał na pędzące po piasku strumienie, które zamieniały się w prawdziwe rzeki.
Złotooczki spojrzały na siebie i skinęły głowami. Oczywiście, lepiej ogrzać się u gościnnego żuka niż wpaść do takiego strumienia.
Żuk miał dom w dziupli starego, wypróchniałego drzewa. Pod parasolem bezpiecznie dotarli na miejsce i wszyscy bez problemu weszli do środka. Było tu przestronnie: salon, kuchnia, trzy pokoje. Prawdziwy dom dla dużej rodziny.
— Jest pan żonaty? — zapytała Ronia.
— Nie, jakoś się nie złożyło — odparł żuk z uśmiechem. — Ale jestem jeszcze młody, więc...
Nie dokończył zdania tylko postawił czajnik na kuchence. Wkrótce woda się zagotowała, a żuk nalał gościom herbaty. Wyjął ze spiżarki smaczne nasiona, orzeszki i słodki pyłek kwiatowy. Złotooczki ogrzały się, wysuszyły skrzydełka, posiliły się i napiły pysznej herbaty.